Wpis

piątek, 29 listopada 2013

Szyndzielnia-Klimczok-Błatnia

czyli, żeganaj jesieni. Tak tym razem postanowiliśmy pożegnać jesień. Powolizaczynają się tworzć nasze małe tradycje. Zimowe wjście na Babią, letni wyjazd rowerowy do Ojcowa i jesienny - w górki niezbyt wysokie, aczkolwiek troszkę męczące. Wcześniej czasami udawało nam się wyskoczyć w Tatry, ale prawdę mówiąc ja nie przepadam za Tatrami. Nie chodzi mi tu o ich piękno i urok, bo rzeczywiście są przepiękne i gdyby tylko.... No właśnie, gdyby tylko ta ilość turystów była ciut ciut mniejsza. Nie mam nic do turystów nie zrozumcie mnie źle, ale pracując na codzień z ludźmi uciekam od nich jak najdalej by móc odetchnąć ciszą i spokojem, móc usłszeć własne myśli i pragnienia. Dlatego omijam z daleka wszystkie skupiska ludzi, aby regenreować się konteplując naturę i jej perfekcjonizm. Dlatego wybieramy teraz niewysokie górki, ale za to mamy je wyłącznie dla siebie. Czasami na szlaku pojawi się jeden może dwóch "górołazów", ale na przestrzeni 20 km to prawie tak jabyśmy byli tylko my i góry. 
I tak też było tym razem. Ruszyliśmy z Wapienicy (niem. Lobnitz) – wysuniętej najbardziej na zachód i południe części Bielska-Białej, położonej w dolinie rzeki Wapienicy, u podnóża Beskidu Śląskiego.

Czy wiecie, że:

 

 

Dolinę Wapienicy otacza jedenaście szczytów Beskidu Śląskiego 
(z pewnością tak, ale przecież zawsze można sobie przypomnieć coś oczym wielmy, albo dowiedzieć się coś co dotycczas było przed nami ukryte, jak np przede mną:) 


Widok na Wysokie, Przykrą i Błatnią
 (w drugim planie) z jeziora Wielka Łąka(zdj. udostępnione na wikipedii)


 licząc od wschodu:

Cuberniok (731 m n.p.m.)
Mokry Groń (601 m n.p.m.)
Szyndzielnia (1028 m n.p.m.)
Klimczok (1117 m n.p.m., najwyższy punkt dzielnicy i całego miasta)
Trzy Kopce (1082 m n.p.m.)
Stołów (1035 m n.p.m.)
Pod Błatnią (853 m n.p.m.)
Przykra (818 m n.p.m.)
Wysokie (756 m n.p.m.)
Kopany (690 m n.p.m.)
Palenica (688 m n.p.m.)

Po wymienionych szczytach (oprócz Cubernioka i Mokrego Gronia) biegnie południowo-zachodnia granica Bielska-Białej.
A w obrębie dzielnicy znajdują się także trzy przełęcze:
Dylówki (720 m n.p.m., między Cuberniokiem a Szyndzielnią)
Siodło pod Trzema Kopcami (1000 m n.p.m., między Trzema Kopcami  a Stołowem)
Siodło pod Przykrą (801 m n.p.m., między Pod Błatnią
a Przykrą).

Pierwszym naszym szczytem była Szyndzielnia. Pogoda była nawet, nawet. Nie było zimno. Słońce też nie schowało się przed nami całkowicie za chmurami, od czasu do czasu ogrzewając nas swymi promykami. Trzeba przyznać, że z moją kondycją jest troszkę kiepsko. Zastanawiam się jak to jest, że w czasie wakacji udaje mi się jeździć, chodzić i nie odczuwać  zbytniego zmęczenia. Teraz myślałam , że nie dam rady. Nie miałam kompletnie siły na to żeby stawiać nogę za nogą. Dopiero gdzieś w połowie naszej trasy przestałam odczuwać zmęczenie i poczułam, że teraz to jest to, że teraz mogę iść dokąd tylko zechcę. Ciekawe dlaczego tak jest??? Wracając jednak do naszej wędrówki. Kiedy patrzymy na świat za oknem w listopadowy poranek czy wieczór wielu z nas odczuwa smytek, zamyślenie, wręcz wpada w przygnębienie, niecierpiąc listopadowych dni, ich słoty i szaroburości. Dla mnie również ten czas jest trudnym okresem. Czasami nie umiem sobie poradzić sama ze sobą.Płacz mam na końcu nosa
 i odczuwam ogrąmną tęsknątę z utraconym czasem, bliskimi, którzy odeszli. Ale dzieki tym listopadowym wyjściom w góry odkryłam, że listopad wcale nie musi być deszczowy, brzydki i ponury. Dzięki tym wyjściom odkryłam jego niezywkłe piękno. Szarość nagich drzew, rdzawych liści dywan, słońca promieni próbujacych się przebić by otulić nasze twarze swym ciepłem.  Mówię wam, listopad jest piękny chociaż już ubogi w swym kolorycie, bowiem Natura ma zwsze dla nas coś w zanadrzu zaskakującego  wręcz doskonałego. 


I tak powoli sobie wędrując przystając co jakiś czas na małą sesję zdjęciową, doszliśmy do schroniska na Szyndzielni.
Nie zatrzymywaliśmy się w schronisku, bo przed nami mimo wszystko był kawałek drogi. Mój Misior zawsze ma plan dopracowany w szczegółach, więc dłuższy odpoczynek był zaplanowny tuż przed zejściem, które jak zwykle jest już przy blasku księżyca i światła  Lupine (chyba tak się pisze). Z Szyndzielni ruszyliśmy na Klimczok. Szczerze mówiąc nie bardzo wiem jakiego koloru szlakiem, gdyż (jak to gdzieś przeczytałam) "wykwalifikowanemu znakowcy"(dziwna nazwa), chyba pomieszały się kolory lub mu ich brakło nie wiem. W efekcie szlaki dziwnie zmieniały swój kolor, by koniec końców dotrzeć na szczyt. Ale jak dla mnie w nieco troszkę zawoalowany sposób.
Z Klimczoka było widać przepięknie Tatry rysujące się w oddali, skąpane
w blasku słońca i przecudnych kształtach chmur. Krótka sesja zdjęciowa, bo zaczęło mocno wiać i dalej w drogę poprzez Trzy Kopce na Pod Błatnią. Wiecie co widoki były jak z bajki. I jak to mówi Misior tak kiczowate, że aż piękne.(luba na odwrót. Sama już nie wiem), ale rozumiecie sens tego, prawda???, :))
Po drodze zaczęliśmy się zastanawiać czy Błatnia przypadkiem nie została nazwana tak dlatego, że błoto tam nigdy nie wysycha???. Na czałej trasie było suchuteńko, aż do momentu gdy zaczęliśmy  schodzić w kierunku Błatnego, gdzie kałuża za kałużą kałuże deptała. A jak jest naprwdę z nazwą, czy ktoś może wie???
wg Wikipedii





Pierwotna nazwa góry lub odpowiedniego odcinka grzbietu, używana przez miejscową ludność, brzmiała zapewne Błotny.
W 1571 wymieniana była w dokumentach niemieckich jako Berg Blatin, później w pismach czeskich jako Blatny lub Blatna. Na mapach austriackich z początku wieku szczyt figuruje jako Blatny. Po I wojnie światowej ustaliła się na długo nazwa Błatnia, gwarowo Błatnio. 


 

 

Na malowniczym szczycie Błatniej (917 m) znajduje się ładna hala z rozległym widokiem niemal we wszystkich kierunkach
i pięknie położone na skraju polany schronisko.

Sam wierzchołek ma formę nieregularnego kopczyka, wyrastającego ponad połogą halę, za to widok z niego przedni: na południe przez dolinę Brennicy na pasmo Równicy i Trzech Kopców i dalej na Czantorię z grzbietem granicznym, a przy dobrej pogodzie jeszcze dalej - na część Beskidu Śląskiego już po morawskiej stronie. Bardziej po lewej za grzbietem Starego Gronia i Kotarzem majaczy Barania Góra oraz główny grzbiet w kierunku Skrzycznego z Zielonym Kopcem i Malinowską Skałą. Na północ natomiast widać opadające nad Wapienicę i Bielsko niewysokie już grzbiety kończące Beskid Śląski oraz rozpościerającą się dalej równinę.
Podszczytowe schronisko na Błatniej (891 m) należy do najładniej położonych w całych Beskidach Zachodnich. Wtulone w zbocze bezpośrednio na południe od szczytu, przycupnęło w otoczeniu rozłożystych buków, przy wąskim przesmyku lasu, oddzielającym szczytową halę od dużej stokowej polany. Budynek najlepiej prezentuje się od strony południowej lub przy podejściu grzbietem od strony zachodniej. Widać wtedy przeszkloną werandę jadalni i charakterystyczny czerwony dach o ostrych krawędziach.

 W schronisku postanowiliśmy zjeść małe co nieco odpocząć i dopiero potem ruszyć w drogę powrotną do Wapieniecy, gdzie czakał na nas samotnie nasz "samochodzik". Gdy dotarliśmy do schroniska nasze zdumienie 
 i zaskoczenie widokami okalającymi było niepomierne. Zachód słońca Tatry w tle - mówię Wam widok niezapomniany. Choć moglibyśmy tak stać i patrzeć w nieskończoność na ten widok zapierający dech w piersi, rzeczywistość zmusiła nas do odwrotu. O ile całość trasy była łagodna, to zejście w ciemnościach po dość stromym nieznanym zboczu jest oględnie mówiąc całkiem całkiem wymagjące.  Nie było rady zaczęliśmy schodzić.
I musze przyznać, że w pewnym momencie miałam dość, chciałam znaleźć się juz na dole, albo przynajmniej na drodze mniej stromej i bez kamieni. Rany zawsze narzekam na schodzenie nocą, ale z drugiej strony naprawdę bardzo mi się ono podoba. Jego czar, nieprzewidywalność (tym razem bez wycia wilków, jak w ubiegłym roku) ma w sobie wyjątkowy magnetyzm, chociaż wyobraźnia działa i tworzy różne obrazy. W końcu zeszliśmy na dół do parkingu. Uwieńczeniem tego cudownego dnia była wspaniała kolacja, którą ja stawiałam, a Misior za nią płacił, w "Kolibie pod czarcim kopytem" na Równicy. Naprwdę to był piękny dzień. Jak dobrze móc czasami oderwać się od tego całego zgiełku i pośpiechu. A teraz zapraszam na pokaz slajdów.



 

                                                             Pozdrawiam  i życzę miłego odpoczynku. 
                                                                                                  il_gattino

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
il_gattino
Czas publikacji:
piątek, 29 listopada 2013 21:12

Polecane wpisy

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny




ogłoszenia artystyczne, informator kulturalny
Magdalena Katarzyńska







Flag Counter


Zapisz się na newsletter!

zamów newsletter