Książki

  • czwartek, 26 września 2013
    • Jaki jest Erich Emmanuel Schmitt

      Trudno  się wypowiadać o kimś , kogo tak naprawdę się nie zna. Wprawdzie twórczość danego pisarza, malarza czy innego artysty wiele nam mówi o nim samym, jednak czy mamy prawo się o nim wypowiadać jedynie poprzez znajomość jego sztuki. Dlatego zapraszam wszytkich, którzy chcą poznać choć troszeczkę Ericha Emmanuela Schmitta na wywiad, który został zaprezentowany na łamach Gazety Wyborczej,( Link bezpośredni do wywiadu znajduje się na końcu wpisu) i wyrobienia sobie własnej opinii na jego temat. Co do jego twórczości, to napiszę o niej trochę więcej następnym razem a na dziś to tyle. pa pa

      Gdy sprzedawałem 400 egzemplarzy książek, byłem uważany za geniusza, gdy sprzedawałem 4 tysiące - uznano, że nie mam talentu, a teraz, gdy sprzedaję po 400 tysięcy, uważa się mnie za hochsztaplera

      Katarzyna Surmiak-Domańska: "Jego zdania płyną jak połyskujący w słońcu strumień, a zza wrót jego słów zdaje się słyszeć dobiegającą muzykę, która wypełnia nas jak najsłodsza sonata". To recenzja pańskiej nagrodzonej Prix Goncourt książki "Trucicielka", jaką zamieściła na blogu jedna z pańskich francuskich fanek. Podoba się panu?
      Eric-Emmanuel Schmitt*: Bardzo. Cieszę się, że ta osoba dostrzegła nostalgię i muzykę, która jest w moim pisarstwie.
      Rzeczywiście jest w nim muzyka?
       - Tak mówią wszyscy aktorzy, którzy grają w moich sztukach. Wolą moje sztuki od sztuk innych autorów, ponieważ u mnie zdanie brzmi. Moje zdania są niezwykle precyzyjne i muzykalne. Przyznam się, że im więcej piszę, tym bardziej mam wrażenie, że tak naprawdę komponuję muzykę poprzez literaturę. Również muzycy postrzegają mnie jako kogoś bardzo muzykalnego. Wielu współczesnych kompozytorów, i to tych naprawdę wielkich, przychodzi do mnie i mówi: "Chciałbym napisać z panem operę".
      Lubi pan myśleć o sobie jako wirtuozie słowa?
       - Raczej jako człowieku zakochanego w słowie. Można to ująć tak, że moją prawdziwą życiową partnerką jest język. A język francuski jest niezwykle złożony, bogaty, precyzyjny, a przy tym szalenie elastyczny. Potrafi się kurczyć i cudownie rozciągać. To wyjątkowa kochanka. Codziennie w mojej pracowni nie tyle zmagamy się ze sobą, ile uprawiamy miłość. Ona nieustannie mi się opiera i, niestety, zawsze wygrywa. Ale to właśnie najbardziej w niej kocham.
      Jak wygląda pana pracownia?
       - Tak jak pracownia malarza. Ma przeszklony dach i jest cała biała. Nazywam ją moją "słuchalnią". Gustaw Flaubert nazywał swój gabinet "wrzeszczalnią", ponieważ miał zwyczaj wykrzykiwać napisany przez siebie tekst, żeby sprawdzić, czy dobrze brzmi. Ja, kiedy pochylam się nad białą kartką papieru, najpierw zamykam się w sobie i cały zamieniam się w wielkie ucho. Nasłuchuję moich bohaterów. Kiedy zaczynam ich słyszeć, zabieram się do pisania.
      - Słucham swoich zdań. Dopieszczam rytm, brzmienie. Liczą się użyte głoski, długość słowa. Na przykład nie używam słów dłuższych niż czterosylabowe.
      Naprawdę?
       - Jeśli już, to dla zamierzonego efektu rytmicznego. Żeby nagle zrobić mocne wrażenie. Podczas gdy reszta spokojnie płynie.
      Niestety, czytałam pańskie książki tylko po polsku. To pewnie nie to samo. Ale może mógłby pan wskazać przykład muzyki w pańskim ostatnim zbiorze opowiadań "Trucicielka". Jakieś zdanie, z którego jest pan szczególnie zadowolony.|
       - Choćby to z ostatniego opowiadania "Elizejska miłość": "Quel sentiment ne porte pas sur sa peau son contraire tel le tissu sa doublure?". Tu wszystko się opiera się na powtarzającym się dźwięku s. Sprawia, że mamy wrażenie ślizgania się wierzchem dłoni po gładkim jedwabiu.
      Po polsku to: "Czy istnieje uczucie, które nie łączyłoby się nierozerwalnie ze swoim przeciwieństwem, jak tkanina i jej podszewka?". I dalej po polsku jest: "Jaka miłość jest wolna od nienawiści?".
       - Jeśli pierwsze zdanie jest długie i płynne, następne powinno być dla kontrastu krótkie i mocne.
      Już chyba rozumiem, dlaczego wielbiciele wyrażają się o panu z pewnym patosem. Konsekwentnie kreuje pan swój wizerunek jako osoby duchowej. Często opowiada pan w wywiadach o swoich kontaktach z metafizyką. Na przykład historia o doświadczeniu Absolutu, kiedy zgubił się pan podczas wycieczki na pustynię. W wywiadzie przed kilku laty stwierdził pan, że nie jest pisarzem, ale "siłą kreatywną", a pana książki to "metafizyczne byty".
       - Uhm.
      Co to znaczy "siła kreatywna"?
       - Celem literatury nie powinna być sama literatura. Są autorzy, którzy szukają poklasku, chcą być admirowani. Tworzą na zasadzie: "Zobaczcie, jak ja świetnie piszę". Narcyzm pisarza to jest coś zupełnie mi obcego, tego nie uznaję.
      Moja literatura ma na celu oddawać się innym, pomagać ludziom żyć. To coś więcej niż rozrywka, zwykłe opisywanie doświadczeń czy nawet chwytanie złożoności świata i natury ludzkiej. Dla mnie literatura powinna spełniać funkcję filozoficzną. Być narzędziem rozwoju osobistego.
      Bardzo ambitny cel.
       - Takie same wymagania stawiam literaturze jako czytelnik. Oczekuję, że lektura mnie wzbogaci, zmieni moje spojrzenie na świat, pozwoli mi przekroczyć pewne granice we mnie samym.
       Taką książką jest chociażby moja powieść "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu", która odniosła duży sukces we Francji i w Niemczech. Udało mi się w niej pozyskać sympatię dla postaci muzułmańskiego sklepikarza. A to nie jest proste. Zarówno we Francji, jak i w Niemczech ludzie są islamofobami. Boją się muzułmanów, co wynika oczywiście z faktu, że ich naprawdę nie znają. Zawsze boimy się tego, czego nie znamy. Opisując w sympatyczny sposób osobę inną, chciałem zawołać do ludzi: Przestańcie się bać! Rozejrzyjcie się dookoła, spójrzcie na tego człowieka, na mądrość, według której żyje, na mądrość zawartą w islamie.
       Nie wiem, czy za każdym razem udaje mi się burzyć takie bariery, ale takie jest moje credo.
      "Ulisses z Bagdadu" też traktuje o innym, tym razem o Irakijczyku podczas wojny amerykańsko-irackiej. Ile czasu zajęło panu przygotowanie się do napisania takiej książki? Czy w ogóle był pan w Iraku?
       - Nie, ale rozmawiałem z Irakijczykami, którzy mieszkają we Francji.
       Ale rozumiem pani pytanie. Chodzi pani o tzw. research. Otóż dla mnie ważniejsza od researchu jest pasja.
      Kiedy pisałem powieść "Przypadek Adolfa H.", o alternatywnym życiorysie Hitlera, czy "Ewangelię według Piłata", nie robiłem żadnego researchu. Liczyła się albo moja fascynacja chrześcijaństwem, albo wymiarem zła i maniactwa u Hitlera. Co nie znaczy, że później nie sprawdzam faktów, to jasne. Ale nigdy nie jest tak, że studiuję jakiś okres czy postać, żeby o niej napisać. Jest oczywiście wiele dziedzin, na których znam się bardzo dobrze i pewnie mógłbym o nich bez trudu napisać, ale nie zrobię tego, bo nie są dla mnie wystarczająco pasjonujące.
      W wywiadach lubi pan powtarzać, że gdy sprzedawał pan 400 egzemplarzy swoich książek, był pan uważany za geniusza...
       - ...gdy sprzedawałem 4 tysiące, uznano, że nie mam talentu, a teraz, gdy sprzedaję po 400 tysięcy, uważa się mnie za hochsztaplera.
      Tu już pan chyba trochę kokietuje. Nie tylko czytają pana tłumy, ale dostał pan ostatnio Nagrodę Goncourtów w kategorii opowiadań. Nagrodę, która kojarzy się z takimi nazwiskami jak Proust, Malraux, de Beauvoir, Littell. Razem z panem odbierał ją w zeszłym roku Michel Houellebecq, tylko że on za powieść. Co to za hochsztapler, którego honoruje się najbardziej prestiżowym odznaczeniem literackim?
       - Nie szkodzi. Istnieje ciągle pewna grupa w środowisku literackim, zwłaszcza wśród intelektualistów, która nie może pogodzić się z tym, że można mieć zarówno talent, jak i publiczność. Nie wiem, jak to jest w Polsce, ale we Francji sukces, zwłaszcza komercyjny, jest podejrzany. To śmieszne.
      Owszem, spotkałam się z opiniami, że jest pan po prostu zręcznym pisarzem bestsellerów i - przepraszam, to również cytat - "moralizatorem za trzy grosze".
       - No, to są właśnie ci sami.
      To określenie także znalazłam na jednym z francuskich blogów.
       - To część inteligencji, która nie może darować, gdy ktoś, kto wyszedł ze środowiska intelektualnego, skończył studia - jestem przecież doktorem filozofii - nagle zyskuje popularność u prawdziwej publiczności. To samo spotyka innych moich kolegów filozofów, np. Luca Ferry'ego.
      Jaka jest recepta na bestseller?
       - Nie mam pojęcia.
      A ja chyba mam kilka tropów. Na przykład pańskie słynne, chwytające za serce puenty. Weźmy cytowane już opowiadanie "Elizejska miłość". Mamy tu bliżej niezidentyfikowaną prezydencką parę, której małżeństwo jest już tylko grą pozorów. Prezydent drży ze strachu, że żona w zemście zdemaskuje jego niecne sprawki. Tymczasem po jej śmierci okazuje się, że ona wspaniałomyślnie ukryła jego grzechy. Jego dopadają spóźnione wyrzuty sumienia, nawraca się i odtąd jest wzorowym prezydentem. Czy to nie trochę naiwne?
       - Może dla pani.
       Przecież to jest dramatyczne! On się nawraca, gdy już jest za późno. Jego żona nie żyje. Nie doceniał jej za życia, a gdy umarła, odkrywa, jak bardzo ją kochał, i tworzy jej kult. To nie naiwne, ale raczej okrutne.
      Albo opowiadanie "Koncert pamięci anioła", w oryginale opowiadanie tytułowe. Historia dwóch kolegów. Jeden jest dobry, a drugi zły. Zły, kierując się zawiścią, nieomal doprowadza do śmierci tego dobrego. Potem pod wpływem wyrzutów sumienia staje się dobry, a tamten dobry, który został kaleką, po wpływem frustracji staje się zły. W życiu chyba nie jest tak prosto?|
      - A to akurat mam w nosie. Jeśli szuka pani pisarza realistycznego, to niewłaściwy adres.
      Rozumiem, że powiedzenie: "Tylko prawda jest ciekawa" nie jest panu bliskie.
      - Ale jaka prawda? Jest prawda realistyczna i prawda psychologiczna. Realizm to pewien styl, przyklejony do rzeczywistości. Ja jestem pisarzem bardziej abstrakcyjnym. Wywodzę się z teatru i z filozofii. To tak, jakby czepiała się pani Woltera, że jego opowiastki nie są realistyczne. Nie, to są bajki.
      Jednak gdy w "Elizejskiej miłości" prezydent chce pozbyć się niewygodnej żony, to co wymyśla? Limuzyna pierwszej damy rozbija się o filar w tunelu pod paryskim mostem. Czy to nie zbyt prosty chwyt?
       - Rzeczywiście, ktoś nawet napisał w recenzji: ?Schmitt opowiada losy księżnej Diany? (śmiech). A właśnie dlatego, że ta historia jest totalnie wymyślona, muszą być w niej jakieś elementy z życia. Takie szczegóły zmuszają czytelnika do refleksji. Że to jednak nie do końca bajka, to mogło się wydarzyć naprawdę.
      Czytałam, że mogło też chodzić o Cécilię i Nicolasa Sarkozych.
       - Jeśli już, to wolałbym porównanie do pani Claude Pompidou, żony prezydenta Georges'a Pompidou. To była kobieta, którą uwielbiałem. Ale moja bohaterka ma także elementy pani Chirac i Carli Bruni. Jednego klucza nie ma.
      Jak pan myśli, dlaczego jury Prix Goncourt uhonorowało "Trucicielkę"?
       - Uważam, że są trzy powody.
       Po pierwsze, samo pisarstwo. To jest bezdyskusyjne. Nawet ci, którzy mnie krytykują, przyznają, że piszę dobrze. Nagradzając mnie, nagrodzono pisarza, który potrafi bawić się językiem, ale zarazem pisze z precyzją charakterystyczną dla klasycznego pisarstwa.
       Druga sprawa: takimi zbiorkami opowiadań jak "Trucicielka" przyczyniam się do podniesienia prestiżu innych niż powieść gatunków literackich. Wydawcy zwykle krzywią się, gdy się im proponuje opowiadania, twierdzą, że to się nie sprzeda. Tymczasem moje sprzedają się świetnie. Koledzy mówią: "Dzięki, Eric. Dzięki tobie wreszcie można publikować opowiadania".
       Po trzecie to, że można odnieść sukces, pisząc zarówno powieści, jak i opowiadania oraz sztuki teatralne, jest tak nietypowe we francuskim pejzażu, że zdecydowano się to nagrodzić.
      Czy ta nagroda miała jakieś znaczenie dla pana kariery? Nie pytam o finansowe, bo to zdaje się osiem euro?
       - Czek istotnie jest na kilka euro. Nikt go nie realizuje, wszyscy wieszają go sobie na ścianie.
       Nie zauważyłem, żeby po nagrodzie moje książki sprzedawały się jeszcze lepiej. Wymiernego znaczenia więc ona dla mnie nie miała. Prędzej dla Houellebecqa.
      Natomiast oczywiście miała znaczenie osobiste. Każdy przejaw uznania jest ważny.
      Nawet dla pana, który ma ich tyle.
       - Każdego człowieka czasem napadają wątpliwości.
      Witold Lutosławski, polski kompozytor, powiedział: "Komponuj muzykę, jakiej sam chciałbyś słuchać". Można powiedzieć: "Pisz takie książki, jakie lubisz czytać"...
       - Absolutnie się z tym zgadzam!
      Więc pańskie książki odzwierciedlają pański gust jako czytelnika?
       - To bardziej złożone. Książki, które podobają mi się najbardziej, to książki autorów, którzy robili coś zupełnie innego niż ja. Jestem fanem Prousta i Balzaka, którzy są zanurzeni w realizmie. Ale to, co sam robię, bliższe jest autorom XVIII-wiecznym, jak Wolter czy Diderot.
      A ze współczesnych?
       - Nie lubię oceniać pisania współczesnych. Obiecałem sobie już na początku kariery, że nie dam się do tego sprowokować. Nie wchodzę w tę grę. Po pierwsze, łatwo się pomylić. Zdarzało mi się weryfikować swoje zdanie co do pisarzy. Najpierw ktoś mi się nie podobał, później zacząłem go doceniać. Po drugie, każdy z nas idzie jakąś swoją indywidualną drogą, różną od dróg innych. A żeby dobrze pisać, musi być przekonany, że tylko jego droga jest słuszna. Lepiej, żeby pisarze nie oceniali się nawzajem. Niech robią to amatorzy.
       Nie mam współczesnych mistrzów. O nie, przepraszam, mam jednego! Michel Tournier. Jego nie waham się wymienić.
      W Polsce też jest bardzo ceniony. Jest zresztą członkiem jury Prix Goncourt.
      - Już tylko honorowym. Jego prozę uwielbiam.
      Pisze pan opowiadania, sztuki, samych powieści od 1994 r. napisał pan kilkanaście. Dla porównania: Houellebecq, który pierwszą powieść wydał w tym samym roku, napisał ich odtąd zaledwie pięć.
       - I jeszcze zrobiłem dwa filmy.
      Czy to nie filozoficzny fast food?
      - Może po prostu jestem płodny.
      To fakt, mnie też dziwi tempo, w jakim powstają moje książki. Zwłaszcza że jestem z natury dość leniwy. Może jest to związane z tym, że gdy piszę, nie stosuję żadnej cenzury, nie filtruję. Nie oglądam się w lustrze. Przelewam na papier jak leci to, co mam w głowie. A proszę mi wierzyć, że w tej głowie mam dwa razy więcej, niż napisałem. Jestem krytyczny potem, kiedy już napiszę. Wtedy wymazuję, cyzeluję, dopieszczam. W sumie więcej czasu zajmuje mi poprawianie niż pisanie. Ale samo pisanie to totalna ekstaza. Spontaniczna eksplozja. To coś wręcz boskiego.
      Czy pisząc, myśli pan o odbiorcy? Dla kogo pan pisze?
       - Odbiorca, którego sobie wyobrażam, to potwór o tysiącu głów. Są pośród tych głów intelektualiści, ludzie, którzy mają taki sami background jak ja. Czytelnicy, którzy właśnie potrafią dostrzec pod tą pozorną naiwnością moich opowieści prawdziwą literacką pracę, to właśnie filozofowie. Na pewno więc piszę dla nich. Ale wśród głów potwora są też głowy należące do ludzi prostych, niewykształconych. Ponieważ można być inteligentnym, nie będąc wykształconym. Ja miałem szczęście skończyć studia, byłem studentem wręcz nieprzyzwoicie zdolnym. To akurat mówię bez fałszywej skromności, po prostu wszyscy to zawsze mówili, miałem diabelską pamięć i tak dalej. Mogłem rozwijać się intelektualnie, zrobiłem doktorat w wieku 27 lat. Ale na przykład moja babcia skończyła edukację w wieku 14 lat. I chociaż już nie żyje, pisząc, zawsze myślę także o niej, żeby ona potrafiła mnie odczytać. Dlatego używam prostego języka. Używanie języka przeintelektualizowanego byłoby dla mnie zdradą środowiska, z którego się wywodzę.
      W Polsce chyba wciąż najbardziej znaną pana książką jest "Oskar i pani Róża" - o tym, jak rozmawiać z umierającym dzieckiem. Mnie też bardzo się podobała. Płakałam nawet.
      - Ja też.
      Bardzo różni się od pozostałych pana książek. Nie jest wymyślona za biurkiem.
       - Jako dziecko dużo czasu spędzałem w szpitalu. Nie byłem chory, po prostu mój tata był fizjoterapeutą, pracował z chorymi dziećmi i zabierał mnie czasem ze sobą do pracy. Zaprzyjaźniałem się z tymi dziećmi. To były dzieci z porażeniem mózgowym, dzieci głuchonieme. Zapamiętałem, że one w ogóle nie przejmowały się swoją chorobą, jakby nie zdawały sobie z niej sprawy. Najbardziej cierpiały z powodu nieobecności rodziców. Zapamiętałem też ich czarne poczucie humoru. Dawały sobie nawzajem prześmiewcze przezwiska, które nawiązywały do ich chorób. Tak jak w "Oskarze..." - poparzony chłopiec nazywa się Bekon, a chłopiec o za dużej głowie Einstein.
      A teraz nad czym pan pracuje?
       - Właśnie kończę bardzo grubą powieść.
      Czternastą?
      - Mój Boże, naprawdę? Nie liczę ich. Nie mogę powiedzieć, o czym jest. Ale zdradzę tytuł: "Kobieta w lustrze".

       

      Tekst zaczerpnięty ze strony: http://wyborcza.pl/1,75475,9357034,
      Eric_Emmanuel_Schmitt__Codziennie_w_pracowni_uprawiam.html?as=4#ixzz2fkPqiSNI

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      il_gattino
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 września 2013 23:43

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny




ogłoszenia artystyczne, informator kulturalny
Magdalena Katarzyńska

MamyCel.pl 120x90






Flag Counter




Zapisz się na newsletter!

zamów newsletter