Film

  • środa, 06 marca 2013
    • Biały Anioł

      Kocham muzykę, lubię poczytać dobrą książkę , czy obejrzeć dobry film. Zrezygnowałam jakiś czas temu z telewizji, która coraz mniej wg mnie nadaje naprawdę dobrych programów i filmów, przerzucając się na bezsensowne reality show ogłupiając w ten sposób społeczeństwo. Takie jest moje zdanie i nikt nie musi się ze mną zgadzać. Ale ja tak widzę polską rzeczywistość w mediach: afery, filmy z garścią przekleństw, seksu, narkotyków, bez rzadnego konkretnego przesłania, trści. Ściągane sitcomy, jakby nie było nas stać na swoją produkcję dobrą i nietuzinkową.  Każdy jednak wybiera to co lubi. Pamiętam czasy, gdy w TV pokazywano same radzieckie filmy do znudzenia. czekało się wtedy z niecierpliwością na święta by móc zobaczyć inny film, amerykański - wtedy wydawał się rajem dla duszy i częst przedstawiał szczyt marzeń. A dziś - dzisiaj już nie jet to takie pewne. Dziś będąc dorosłą osobą z bagażem doświadczeń szukam czegoś innego, czegoś bardziej wartościowego. Nie twierdzę, że nie lubię komedii, kina akcji, bo skłamałabym. Jednak jeśli wybieram dany gatunek filmu, to zależy to przede wszystkim od mojego duchowego nastroju i tego co właśnie robię. Może to śmieszne ale są prace, które wykonuję, np. szycie podczas których muszę mieć włączony taki film, który nie absorbuje całkowicie mojej uwagi, którego nie muszę uważnie słuchać, czy czytać napisy, gdy robię biżuterię czy dekoruję przedmioty w technice decoupage - w moim domu jest przede wszystkim cisza, która pozwala mi się skoncentrować. Natomiast podczas sprzątania - lubię słuchać muzyki śpiewać i tańczyć - i jest to muzyka swobodna, taneczna, łatwo wpadająca w ucho. Czasami współczuję moim sąsiadom, którzy muszą słuchać moich głosowych wyczynów, chociaż staram się robić to w miarę cicho, jednak jest to blok, więc sami rozumiecie. Ale wracając do filmu, kiedy usłyszałam w radiowej jedynce, że polska TV będzie emitować serial o Annie German zaczęłam myśleć, co tu zrobić, by móc go ogladnąć. Przecież nie założę telewizji na czas emisji serialu, bo ona jest mi naprawdę zbędna i byłby to bezsensowny ruch. Jednak przedwczasny żal, że nie będeę mogła zobaczyć tego serailu okazał się to niepotrzebny, gdyż na youtubie jest serial dostępny w całości. Jest on wprawdzie bez tłumaczenia, ale to dla wszystkich, którzy kiedyś tak jak ja, byli zmuszani do nauki języka rosyjskiego z pewnością nie jest i nie będzie  zbyt wielka przeszkodą,  inni spokojnie będą czekać na cotygodniowy kolejny odcinek. I tu muszę przyznać, że film jest naprawdę wspaniały, poprostu przepiękny, wzruszający. W związku z nim nasuwa mi się taka oto myśl, o ludziach z wyjątkowym talentem, bo Anna German trzeba przyznać była wyjątkowa, niepowtwrzalna, jej głos był charyzmatyczny, wdzięczny, poruszający, każdą najdrobniejszą cząstkę twego ciała, że za swój talent muszą często zapłacić gorzkim i nieustającym cierpieniem, czy bezgraniczną samotnością, waro tu wspomnieć o:  Fridzie, Henri de Toulouse-Lautrec, Van Goghu, czy właśnie Annie German, chociaż w ich sercach dominowała miłość i optymizm. Dlatego zachęcam wszystkich dobejrzenia tego serialu, bo naprawdę warto poznać ta niezwykłą kobietę, która zawładnęła sercami wielu. A jako, że oglądnełam już wszystkie odcinki postanowiłam teżcoś poczytać o Annie, i dlatego poniżej zamieszczam fragment z książki Anny German  - Wróć do Sorrento, napisanej po wypadku na autostradzie słońca we Włoszek, koło Bolonii.. Zapraszam,jeśli ktoś ma ochotę również przeczytać książkę niech do mnie napisze - mam ją w pliku epub więc ....

      Moja ulubiona piosenka, którą ykonywała Gigliola Cinquetti  na festiwalu w San Remo, a potem Anna German, a brzmi tak:


      Zdu­mie­wa­ją­ca hi­sto­ria Bia­łe­go Anio­ła

      „Wróć do Sor­ren­to?…” – na po­cząt­ku lat 70. ta skrom­na au­to­bio­gra­fia Anny Ger­man, pio­sen­kar­ki wra­ca­ją­cej po tra­gicz­nym wy­pad­ku do pu­blicz­ne­go ży­cia, kon­cer­tów i na­gry­wa­nia płyt, oka­za­ła się ab­so­lut­nym be­st­sel­le­rem. W księ­gar­niach moż­na ją było do­stać tyl­ko spod lady, gdy mia­ło się za­przy­jaź­nio­nych sprze­daw­ców. Po­ży­czo­ny eg­zem­plarz, któ­ry wpadł mi wte­dy w ręce, był nie­mal cał­ko­wi­cie za­czy­ta­ną (czy­li roz­pa­da­ją­cą się w wy­ni­ku zbyt czę­ste­go i gwał­tow­ne­go od­wra­ca­nia kar­tek) bro­szur­ką. Do­sta­łem ją tyl­ko na chwi­lę, bo w ko­lej­ce cze­ka­ło kil­ka­na­ście na­stęp­nych osób spra­gnio­nych lek­tu­ry. Być może dla­te­go do dzi­siaj oca­la­ło bar­dzo nie­wie­le oka­zów tam­te­go wy­da­nia. Jed­nak pra­gnie­nie po­zna­nia wspo­mnień le­gen­dar­nej gwiaz­dy po­zo­sta­ło. Nadal chce­my się do­wie­dzieć, jak do­szło do tego, że spo­śród wie­lu pol­skich wy­ko­naw­ców, któ­rzy wy­jeż­dża­li w świat, by zro­bić mię­dzy­na­ro­do­wą ka­rie­rę, tyl­ko jej jed­nej uda­ło się to osią­gnąć, choć nig­dy o tym nie ma­rzy­ła.
      Anna Ger­man osią­gnę­ła coś wię­cej: zna­la­zła dro­gę do serc słu­cha­czy w Pol­sce, Ro­sji czy Wło­szech i… zo­sta­ła w nich bez oba­wy o prze­mi­nię­cie. Po­świę­co­no jej wie­le pry­wat­nych stron WWW, jej pły­ty wzna­wia się bez prze­rwy, jej imie­niem na­zy­wa się uli­ce, a na­wet pla­ne­ty.
      25 sierp­nia 2012 roku mi­nę­ło 30 lat od śmier­ci „Bia­łe­go Anio­ła pol­skiej pio­sen­ki”, lecz jej na­gra­nia nie sta­ły się ani odro­bi­nę ar­cha­icz­ne.
      Ta naj­bar­dziej pol­ska pio­sen­kar­ka o nie­miec­kim na­zwi­sku uro­dzi­ła się w Uz­be­ki­sta­nie (wte­dy, w 1936 roku, była to re­pu­bli­ka Związ­ku Ra­dziec­kie­go) w ro­dzi­nie ho­len­der­skich emi­gran­tów. Jej oj­ciec, za­mor­do­wa­ny przez wła­dze sta­li­now­skie dwa lata po na­ro­dzi­nach cór­ki, był sy­nem ewan­ge­lic­kie­go pa­sto­ra z Ło­dzi, z za­wo­du księ­go­wym, a z za­mi­ło­wa­nia dy­ry­gen­tem chó­ru. Na­to­miast mat­ka, Irma Mar­tens, wy­wo­dzi­ła się w pro­stej li­nii od ho­len­der­skie­go hra­bie­go, Jo­ha­na Frie­se­na, któ­ry przy­był z Fry­zji do Ro­sji w po­ło­wie XIX wie­ku, by upo­wszech­nić tam no­wo­cze­sne me­to­dy upraw rol­nych. Jak skom­pli­ko­wa­ne było jej po­cho­dze­nie, tak po­wi­kła­ne i nie­zwy­kłe oka­za­ło się ży­cie Anny Ger­man.
      Po woj­nie zna­la­zła się wśród re­pa­trian­tów, któ­rych osie­dlo­no w Szcze­ci­nie. To był dom trzech ko­biet: bab­cia, mat­ka i cór­ka. Chcia­ły za­cząć nowe ży­cie i po­sta­no­wi­ły, że będą Po­lka­mi. Anna oka­za­ła się w tym szcze­gól­nie kon­se­kwent­na. Gdy stu­dio­wa­ła geo­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Wro­cław­skim, na­wet się nie spo­dzie­wa­ła, że zo­sta­nie pio­sen­kar­ką. Za­de­biu­to­wa­ła we wro­cław­skim Te­atrze Ka­lam­bur, trak­tu­jąc te wy­stę­py jako do­ryw­cze za­ję­cie w cza­sie wa­ka­cji za­miast prak­tyk stu­denc­kich. Ale była za do­bra, by inni po­zwo­li­li jej prze­stać śpie­wać.
      Gdy w 1964 roku, pod­czas II Fe­sti­wa­lu Pio­sen­ki Pol­skiej w Opo­lu, za­śpie­wa­ła Tań­czą­ce Eu­ry­dy­ki, było ja­sne, że na­ro­dzi­ła się gwiaz­da. A po­tem był ciąg na­gród, kon­cer­tów, płyt. Rów­ny en­tu­zjazm dla jej ta­len­tu z miej­sca oka­za­li Ro­sja­nie i Wło­si. We Wło­szech pod­pi­sa­ła na­wet kon­trakt pły­to­wy i wy­stą­pi­ła w San Remo. W 1966 roku we wło­skiej pra­sie roz­legł się chór za­chwy­tów: „Wczo­raj Anna Ger­man przy­je­cha­ła do Me­dio­la­nu i oka­za­ło się, że ma nie tyl­ko pięk­ny głos, wcze­śniej już zna­ny nie­któ­rym spe­cja­li­stom, ale i uro­dę: wy­so­ka, o ja­snych, fa­lu­ją­cych wło­sach i roz­ma­rzo­nym spoj­rze­niu. Krót­ko mó­wiąc: wspa­nia­ła dziew­czy­na” („La Not­te”).
      „Jej głos to z jed­nej stro­ny szczo­dry dar na­tu­ry, z dru­giej – re­zul­tat in­te­li­gen­cji, któ­ra po­zwa­la jej z nie­go wszech­stron­nie ko­rzy­stać” („L’Uni­tà”).
      „Zna­jo­mość pię­ciu ję­zy­ków (wło­skie­go, pol­skie­go, ro­syj­skie­go, an­giel­skie­go i nie­miec­kie­go) po­zwa­la jej do­ko­ny­wać na es­tra­dzie praw­dzi­wych sztu­czek” („Il Gaz­zet­ti­no di Ve­ne­zia”).
      Ger­man wy­je­cha­ła do Włoch, aby ro­bić świa­to­wą ka­rie­rę. O tym wie­dział wte­dy każ­dy Po­lak. Tra­sa kon­cer­to­wa, wy­stę­py te­le­wi­zyj­ne, fe­sti­wal w San Remo (to wte­dy na­rze­czo­ny Da­li­dy, Lu­igi Ten­co, z roz­pa­czy, że jego pio­sen­ka „Ciao, amo­re, ciao” nie prze­szła do fi­na­łu, po­peł­nił sa­mo­bój­stwo). Wszę­dzie ro­bi­ła olśnie­wa­ją­ce wra­że­nie. Nie­wy­so­cy wło­scy kon­fe­ran­sje­rzy mie­li z nią kło­pot, bo prze­ra­sta­ła ich o gło­wę (wzrost współ­cze­snej mo­del­ki: 184 cm). Je­den z nich za­py­tał ją na­wet bez­czel­nie: „Ile me­trów pani so­bie mie­rzy?”. Od­pa­li­ła mu na­tych­miast, po wło­sku: „To nie­istot­ne; waż­ne, że je­stem wyż­sza od pana”. Pu­blicz­ność za­wy­ła z po­dzi­wu.
      Szczę­ście trwa­ło kil­ka mie­się­cy. 28 sierp­nia 1967 roku, wra­ca­jąc z kon­cer­tu, zo­sta­ła cięż­ko ran­na w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym na Au­to­stra­dzie Słoń­ca koło Bo­lo­nii. Przez sie­dem dni po­zo­sta­wa­ła w śpiącz­ce. Obu­dzi­ła się, ale mia­ła ura­zy krę­go­słu­pa; nie było wia­do­mo, czy kie­dy­kol­wiek bę­dzie jesz­cze cho­dzić i śpie­wać. Po dwóch la­tach trud­nej, bo­le­snej re­kon­wa­le­scen­cji wró­ci­ła jed­nak na es­tra­dę. Sta­nę­ła przed mi­kro­fo­nem pro­sta jak nig­dy i za­śpie­wa­ła swój su­per­prze­bój, któ­ry na­pi­sa­ła w cza­sie cho­ro­by – Czło­wie­czy los. Nig­dy nie za­po­mnę fil­mu do­ku­men­tal­ne­go Ma­riu­sza Wal­te­ra pt. Po­wrót Eu­ry­dy­ki, któ­ry po­ka­zy­wał te chwi­le.
      Ger­man zno­wu śpie­wa­ła, na­gry­wa­ła, po­dró­żo­wa­ła po ca­łym świe­cie. Naj­go­rę­cej wi­ta­no ją w Związ­ku Ra­dziec­kim. Tam też wy­da­ła wie­le płyt, do dzi­siaj pra­wie zu­peł­nie nie­zna­nych na pol­skim ryn­ku. Jed­ną z jej ro­syj­skich pio­se­nek, Na­dzie­ję, uzna­no za hymn ko­smo­nau­tów. To dla­te­go nada­li oni imię Anny Ger­man od­kry­tej przez sie­bie aste­ro­idzie.
      Śmierć, któ­rej wy­mknę­ła się po wy­pad­ku na au­to­stra­dzie, do­pa­dła ją kil­ka­na­ście lat póź­niej. Nie uda­ło jej się obro­nić przed ra­kiem. Umar­ła ci­cho, kom­po­nu­jąc w ostat­nich dniach mu­zy­kę do mo­dli­twy Oj­cze nasz, w sa­mym środ­ku sta­nu wo­jen­ne­go. Mia­ła tyl­ko 46 lat. Nikt wte­dy nie miał gło­wy do ta­kich spraw. Pra­wie nie za­uwa­żo­no jej odej­ścia.
      A jed­nak sła­wa Anny Ger­man nie mija. W skle­pach z pły­ta­mi re­edy­cje jej na­grań cią­gle sprze­da­ją się świet­nie. In­ter­ne­to­wi klien­ci mogą zo­sta­wiać swo­je ko­men­ta­rze na te­mat ku­pio­nych po­zy­cji. Pod pły­ta­mi Ger­man zna­la­złem mię­dzy in­ny­mi ta­kie wpi­sy: „Nie ma w pol­skim ję­zy­ku słów, któ­re by­ły­by w sta­nie okre­ślić wiel­kość ta­len­tu Anny Ger­man. Nie ma słów, któ­re mo­gły­by opi­sać bez­miar pięk­na, któ­rym Wiel­ka Ar­tyst­ka ob­da­ro­wu­je słu­cha­czy. Ten bez­kre­sny oce­an po­nad­cza­so­wo­ści Anny Ger­man za­pi­sa­ny jest jej gło­sem, któ­ry bę­dzie po­dzi­wia­ny i uwiel­bia­ny do koń­ca świa­ta. Nikt nig­dy nie bę­dzie w sta­nie jej za­stą­pić. Anna Ger­man nie śpie­wa pio­se­nek. Ona śpie­wa ar­cy­dzie­ła – Ję­drzej Ko­zak”.
      „To, co mnie urze­kło w Wiel­kiej An­nie, to ogrom­na moc uczu­cia spo­ko­ju, cie­pła i nie­ogar­nię­tej mi­ło­ści, nie tyl­ko w tre­ści pio­se­nek, lecz przede wszyst­kim w bar­wie gło­su tej nie­po­wta­rzal­nej ko­bie­ty – Wi­told Mac­kie­wicz”.
      A swo­ją dro­gą to cie­ka­we: jej imie­niem na­zy­wa się nowe wy­ho­do­wa­ne od­mia­ny kwia­tów (cle­ma­tis), uli­ce i gwiaz­dy, ale na­gra­ne za gra­ni­cą pły­ty Anny Ger­man (we Wło­szech i w Ro­sji), świad­czą­ce o tym, że jako je­dy­nej uda­ło jej się zro­bić praw­dzi­wie mię­dzy­na­ro­do­wą ka­rie­rę, bar­dzo rzad­ko moż­na zna­leźć w pol­skich skle­pach.
                                                                                     To­masz Ra­czek





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ Biały Anioł
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      il_gattino
      Czas publikacji:
      środa, 06 marca 2013 18:07

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny




ogłoszenia artystyczne, informator kulturalny
Magdalena Katarzyńska

MamyCel.pl 120x90






Flag Counter




Zapisz się na newsletter!

zamów newsletter